Posiadanie psa jest jak tęcza…

Dodano 23 września 2012, w Bez kategorii, przez autor

Post „odkurzający” ku chwale starszym psom

Hex skończyła w czerwcu dziesięć lat- pięknych, długich, wypełnionych mnóstwem zdarzeń. Dopisuje jej zdrowie i co gorsza dla jej tuszy i ku radości mojej Mamy- apetyt.

Za każdym razem, gdy ją gdzieś zabieram przypominam sobie ten obrazek i zdanie, że posiadanie psa jest jak tęcza- szczenięta są radością na jednym jej końcu, stare psy są skarbem na drugim.
Ilekroć spotykam się z Izą śmiejemy się, że takich malamutów jak nasze, leciwe już nie ma. Niczego nie ujmując młodemu pokoleniu (wszak też je mamy:), nie sposób nie zachwycać się naszymi babulkami.

Czym sobie zasłużyły na takie komplementy? Ano tym, że  nie mają sobie równych w kwestii bycia kwintesencją malamuta- socjalne w kontakcie z człowiekiem, ale jednocześnie niezależne, równie „normalne”, społeczne w kontaktach z innymi psami- zrównoważone, świetnie dogadujące się z różnymi psami i korzystające z wachlarza komunikatów możliwych do wysyłania drugiemu psu.
Już od niemal roku Hexa jest przez nas angażowana w zajęcia z psami- szczeniętami, by zapewnić im kontakt ze starszymi psami i by wykształciły w sobie umiejętność obcowania z nimi- by np. nie były w interakcji zbyt nachalne, ale też z psami, które z jakiegoś powodu nie potrafią bezpiecznie i dobrze nawiązać relacji z innymi psem. Hex ma za sobą spotkania z młodą borderką, którą przy próbie obwąchiwania jej przez większe psy kłapała na nie zębami, psiakami agresywnymi, młodą bernenką, która była z kolei aż nadto chętna do interakcji i niełatwo przyjmowała do wiadomości, że drugi pies może nie mieć na takie harce ochoty, naszym obecnym kursantem buldożkiem, który jak to młody i narwany francuzik chce TU i TERAZ oraz NATYCHMIAST bawić się, nawet jeśli na drugiego psiaka trzeba „zapolować” i wieloma innymi.
Hexa sprawdza się w tej profesji doskonale, choć czasem potrzebuje naszego wsparcia- chociażby z racji wieku i nieidealnej kondycji fizycznej w przypadku młodych psich natrętów kończymy interakcję, gdy widać po babci, że kończą jej się możliwości rozegrania tego, a np. odchodzenie od psa nie jest przez niego odczytywane.
Wachlarz jej komunikatów jest szeroki i z przyjemnością patrzy się na to jak samą mową ciała prowadzi z drugim psem konwersację- spowolni ruchy, odwróci głowę, zatrzyma się, odejdzie, przeplatając to miłymi dla oka sygnałami chęci kontaktu z drugim psem i nawiązania nowej znajomości.

Takie spotkania są też ważne dla niej- to czas spędzony z nami, lubi AWFową łączkę i dreptanie po niej, a już nasza w tym głowa, by nie przeciążyć jej i sprawić, żeby w ten sposób pomagała nam chętnie, przy zachowaniu zdrowego rozsądku i zasad bezpieczeństwa.
Życzę każdemu, by miał choć raz w życiu takiego psiego ideała i przynajmniej raz w życiu starszego psiaka- one na prawdę są niesamowite.

W naszej Fundacji czeka na nowy dom Komi- rodowodowy 10-letni husky, który pewnie z racji wieku  nie przyciąga tłumów. Uwierzcie jednak, że ten pies ma w sobie więcej werwy, pomysłów i chęci niż niejeden 3 czy 4latek. Jak niesie wieść, Komi jest też zupełnie niekonfliktowy w stosunku do psów.

Może to właśnie on mógłby być Waszym ideałem?

Zajrzyjcie na jego wątek:


http://forum.alaskan.malamut.org/viewtopic.php?t=5954

i na fb


http://www.facebook.com/media/set/?set=a.10150830147587610.401744.291543252609&type=3

 

 

Dać psom czas….

Dodano 24 kwietnia 2012, w Bez kategorii, przez autor

Adoptując psa albo tak jak my, będąc w sytuacji, w której na nowo mają ze sobą zamieszkać psy po jakiejś przerwie, chcemy, żeby było „jak kiedyś” albo idealnie, bezproblemowo i sielankowo.

Chcemy dużo- żeby psy najlepiej od razu się bawiły, akceptowały się przy misce, jadły sobie niemal z pysków, razem spały, bawiły się i świata poza sobą i nami nie widziały. Trudno jest więc powstrzymać się przed mieszaniem się i ulepszaniem tego, jak jest, gdy pies do nas trafia i pojawia się jakaś rysa na naszej powyższej wizji.
Wszystkim adoptującym (zwłaszcza bliskim sercu malamuciarzom) proponuję: chciejmy mniej i dajmy psom czas.
BazBaz jest u nas kilka dni, wypełnionych po brzegi spacerami i sprawami życia codziennego. Szeryf Lol, jak już wiecie, nie od razu przeszedł do porządku dziennego z tym, że Baz znów z nami- pytał, czy to na chwilę, czy może jakiś urlop, a przede wszystkim kiedy on sobie wreszcie pójdzie:) Traktuję to oczywiście z przymrużeniem oka, wrzucając w jego wyraz pyska słowa, które nam się kojarzą z jego zachowaniem- kręcił się to tu, to tam, podchodził do Bazka, chwilę pogadał tą swoją łepetyną, poprężył się i poszedł. Jakby tego jednak nie nazwać, bo to teraz najmniej istotne, widać było, że nie czuje się zbyt komfortowo. 
Zaakceptowaliśmy taki stan rzeczy i ograniczyliśmy swoje działanie do dbania o przestrzeń psów, karmienia ich oddzielnie (jak zawsze), o dużo kontaktów swobodnych na spacerach (w domu siły starczało tylko na spaaaanie), o uwagę dla każdego z nich i przede wszystkim o nie prowokowanie sytuacji, które wzbudzałyby u któregokolwiek z psów niepokój. Po co zmuszać psy do przebywania blisko siebie podczas karmienia? Po co udzielać reprymend i ustalać czyją by tu pozycję wzmocnić a czyją osłabić w tym pseudo stadzie? Co dałoby nam trzymanie jednego czy nawet trzech psów na smyczach i „uczenie” ich, że mają być spokojne?
Zamiast tego zajęliśmy się sobą i voilla- na efekty nie trzeba czekać długo, dzieją się same, a ich obserwowanie jest bardzo, bardzo nagradzające dla człowieka:)
Najpierw Piotrek uraczył mnie w pracy wrzuceniem zdjęcia leżących Bazka i Lola na pontonie w pokoju- tak prozaiczna sprawa też mnie ucieszyła- jeśli wiem, że od przyjazdu zdarzyło się to pierwszy raz, że psy czują się na tyle komfortowo w swoim towarzystwie, że chcą obok siebie leżeć, to nic innego jak znak, że ich relacja wraca na „dawne” tory, zawiązuje się na nowo.
A oto oni:)

Wczoraj na nowo odkrywaliśmy leśne ganianki całej trójki, a nie tylko duetu Lol-Szycha z Wałbrzycha. Z pomocą przyszedł znaleziony przez Baza wielki kalosz, którego ktoś postanowił w owym lesie zostawić, specjalnie dla nas. Chwilę dzierżył go w pysku Bazyl, za chwilę Szeryf (Biskup, Lol) oderwał się od ganianki z Szychą i przechwycił jednym susem kalosza. Ale jego radość nie trwała długo, bo gdy tylko na chwilę spuścił kalosza z oczu, na horyzoncie pojawiał się Bazyl, by znów się nim chwilę pocieszyć. Zamieniali się tym kaloszem hmm… przez pół lasu, spytacie gdzie wtedy była Szyszka?
No cóż, Szycha z Wałbrzycha zupełnie nie czai co może być fajnego w noszeniu czegokolwiek, więc zdezorientowana czekała na chwilę nieuwagi Lola, by znów pobudzić go do gonitwy i złapać za głowę- wszak to jej ulubiona aktywność. 

Luz i swoboda leśna szybko odbudowała więzi między naszą trójką sierściunów, pozostała jeszcze jedna kwestia- kto gdzie śpi w nocy.
Jeszcze kiedy BazBaz mieszkał z nami dostał od Szyszki komunikat wyrażony oczami: „stary, zapomnij, w klatce śpię ja, na łóżku Lol, a Tobie zostaje dywanik w przedpokoju”. Przy wieczornym kokoszeniu się nigdy więc Baz nie wchodził do sypialni, czaił bazę, że księżniczka sobie nie życzy. Czasem jak budziłam się rano widziałam, że były roszady- chyba Baz czekał aż Szycha zaśnie, bo rankami wszystkie trzy były poukładane mniej lub bardziej po podłodze w sypialni (no dobra, Lol zawsze był na łóżeczku).
Odkąd teraz Baz jest z nami widywałam go rankiem w przedpokoju albo rozciągniętego jak ta lala na kanapie (tak, może, co ma chłopina począć?!). 
To też był dla mnie przejaw ich dogadania się- podobało mi się zawsze to jak Bazyl unika konfliktu, jak Szycha poprzestaje na spojrzeniu i nie brnie dalej w te swoje szyszkowe irytowanie się.
Wiadomo jednak, że najbardziej cieszyły mnie te roszady, jak wszystkie spały obok siebie.
Wstałam dziś rano do pracy i zobaczyłam to:
Tak, na tym mikro posłanku wciśniętym między telewizor a klatkę księżniczki wcisnął się Baz- czyli były nocne roszady:) Przesadzam oczywiście- na tej nieudolnej fotce z komórki Szycha wygląda jak rozciągnięte monstrum, a Baz jak jakiś mikrus. W rzeczywistości spokojnie biszkopt zwinął się w precla i cóż- zasnął:)

Kilka dni, dużo czasu dane psom, zero presji na szybkie stworzenie super zgranego trio. Im więcje presji w nas i dążenia do osiągnięcia szybkich sielankowych efektów, tym gorzej będzie to wyglądało.
Teraz też jestem nimi otoczona – z kanapy łypie Lolito, z posłania chrapie Baz, a na podłodze kima Szycha. Teraz jest sielankowo:)


 

O tym jaki jest los i o tym co się u nas dzieje

Dodano 19 kwietnia 2012, w Bez kategorii, przez autor

Kwiecień- od ostatniego wpisu minęło siedem miesięcy- ciężkiej pracy, mnóstwa wydarzeń, do których nie sposób tak po prostu wrócić, bo opis będzie już tylko podsumowaniem zdarzeń. Ale nic to, w telegraficznym skrócie mogę też przyjrzeć się ostatniemu półroczu naszego życia, nawet żeby sobie samej to uświadomić i poukładać.


Kurs trenerski skończył się w październiku pierwszym niezdanym z Szynią egzaminem. Tydzień później rozpoczęłam zjazdy w COAPE, a dziś jestem już przed ostatnim, czerwcowym. W grudniu zanim zapadłam w zimowy letarg, podeszłam do egzaminu z Szynią ponownie i znów nam się nie udało. Powodów było kilka- za pierwszym razem brak przepracowania niektórych elementów, za drugim już ciężko powiedzieć co było głównym, bo Szynia podeszła do tematu po swojemu zaczynając od przestraszenia się pomocnika, który odział tego dnia czapkę i płaszcz (bo siąpiło, jak to w grudniu). Gdyby egzaminy odbywały się w Warszawie przystąpiłabym z nią jeszcze pewnie kilka razy, aż do skutku, w końcu to jej się należało po tych podróżach i godzinach ćwiczeń podczas których się o sobie wiele dowiadywałyśmy. Ale z racji braku posadzonego drzewa z pieniędzmy i z uwagi na jej ekhm, dobro psychiczne, zdecydowałam, że do kolejnej marcowej edycji podejdę z Lolem.
Potem było długo, długo nic, życie w pędzie- praca nr 1, praca nr 2, 3, 4, 5…jak to w świecie ludzi-maszyn:P
W marcu urządziłam sobie maraton- zaczęłam od kursu dającego kwalifikacje MEN w zawodzie dogo/kynoterapeuty, potem zdany egzamin trenerski w Alteri, tydzień później udział w ciekawym seminarium z Grishą Stewart, a na koniec zjazd COAPE. 
Wiosna jedną nogą w Warszawie, Szynia dzikusek cieszy się potrojoną ilością spacerów po lesie za sprawą zdanego prawka Piotrka, Lolek kitrasi się na kanapie i startuje po raz pierwszy w klasie 1 obedience, Hexa wiedzie żywot starszego, ale zawsze uśmiechniętego malamuta bezproblemowego, a Bazyl… do nas wraca.
Prawdziwa ironia losu i jego chytry charakter. Gdy ja roztaczam wizję kolejnego małego staffika w domu, okazuje się, że nie jest to możliwe z powodów różnych, które tu nie są istotne. Jak już los pograł nam na nosie, ja stwierdziłam, że rzeczywiście lepiej tę naszą dwójkę zostawić w spokoju i zająć się w pełni nimi, a ja dochodę do wniosku, że jak już skończę studia, COAPE i wszystko co zabiera czas, który mógłby być im przeznaczony, wtedy odetchnę.
Z tą myślą jadę sobie na warsztaty „Najpierw wytresuj kurczaka”, w drodze dostaję informację, że stan zdrowia Pańci Bazyla, której go przekazaliśmy, jest poważny. Baza też, bo ma babeszjozę. Nie ma mnie w domu, więc jedyne co nam z Piotrkiem zostaje to wisieć na telefonie i milczeć, co jakiś czas zdawkowo wydając z siebie słowa. Wracam do Warszawy po warsztatach upojona obcowaniem z kurczakami i możliwością mimo-wszystko odpoczynku. 
Dalej jest już tylko decyzja i dzień dzisiejszy kiedy to pojechaliśmy po Bazyla. Biszkopt odebrany, jego Pańcia odwiedzona w budynku białych kitli, a ja w drodze snuję wizje tego jak będzie z naszą dwójką, w końcu nie widziały się niemal rok.
Jedziemy więc na spacer do lasu bemowskiego, z całą trójką, o losie- jak dawniej. Spacer w deszczu i błocie, szlamie i stojącej wodzie w której brodzą wszystkie trzy. Wracamy ze śmierdzącymi, mokrymi psami a w głowie kolejne wizje- jak będzie, co będzie, co na to Szynia, co na to Lol, jak się będzie czuł Baz, nie wspomnę o innych myślach dotyczących Naj-Ważnego dla Bazia Człowieka.  Wchodzimy i jesteśmy, i tyle. Lolek lekko niespokojny, głodny jakby. Kąpiel go ominęła, bo czarny i nie widać na nim szlamu i błota. Baz do wanny, żeby odzyskał blask sprzed pół godziny. Szynia- akcja mokry ręcznik, bo księżniczki się nie kąpie w wannie, tylko w jeziorze lub morzu, tym co daje matka natura, żadnymi tam szamponami. Próbowałam się zachowywać normalnie, zerkałam tylko co chwilę na to co sobie te psy mówią. Teraz też zerkam- raz mam Lola na kolanach, raz widzę jak próbuje zajść gdzieś z ukradzionym kapciem, ale wejście na kanapę zagradzone Szyszką, a posłanie okupuje śpiący Baz. Potem w przedpokoju widzę merdający ogon Bazyla i Szyszki, ich rozmowę o życiu, o tym jak podzielą się przestrzenią i ile jeszcze karmy musi załatwić Baz, żeby mógł zostać (podejrzewam, że taki warunek postawiła mu Szynia w myślach). A teraz śpią wszyscy, Baz już do nich dołączył, wszyscy są w jednym pokoju i leżą jak serdelki. 

Emocji tysiące, a życie toczy się dalej- myślę o tym co muszę zrobić jutro, ile mam czasu na dokończenie pracy magisterskiej, prac na COAPE, na nauczenie się do egzaminów, wciśnięcie w to zajęć w DOGadajcie się grupowych i indywidualnych i o tym dlaczego my ludzie tak często narzekamy na pierdoły?

Nie narzekajmy- los i tak zrobi po swojemu, niesprawiedliwie, czy nam się podoba czy nie, a my Ci zdrowi i w pełni sił możemy się po prostu tym życiem z losem cieszyć. 
Nasze stary-nowy początek, stary-nowy psi skład, stary-nowy pies i nowy dzień przed nami. 
Pozdrawiamy wszystkim ciepło

Aga
Szynia
Hex
Lol
Baz

 

Malamut też węszyć może!

Dodano 12 września 2011, w Bez kategorii, przez autor

Pomysł zabrania malamuta na warsztat pracy węchowej jest na pierwszy rzut oka potwornie niedorzeczny. To tak jakbym Piotrka zabrała na kurs baletu albo wyplatania wiklinowych koszyków.

Skusiło mnie jednak to, że skoro w tytule jak byk stoi „Węszyć każdy może”, to i Szyszka tego wypróbuje. Poza tym morale naszej dwójki podnosi drugi pies- Lolito, który wie po co ma nos i rozwiązywał węchowe zagadki tak szybko jak ja potrafię wyjść z pracy (ultraszybko!).

W piątek wyruszyliśmy późno, jak zwykle było pod górkę i za dużo samochodów na drogach. Na szczęscie jakoś dotelepaliśmy się około 23 do EKOPENSU w Radziszowie. Spało się może nie za długo (nie zmagazynowałam jeszcze snu po poprzednich wyjazdowych weekendach a w trakcie tygodnia jestem na minusie ze snem), ale całkiem dobrze- to plus bycia wykończonym- możnaby postawić mi pustą szafę, dać obrus albo liście łopianu do przykrycia się i też bym się wyspała.

W sobotę pierwsze starcie z teorią (bardzo przystępnie przekazaną nam przez Zofię Mrzewińską) i ze sladem. Psów w grupie 12 (13?) więc sporo, ale Szyszka zachowuje się bardzo dobrze.
Układam Szyszce ślad jak wszyscy inni, tuptam, strząsam z siebie komórki naskórka, wprawdzie nie podnoszę nóg tak wysoko jak Piotrek i nie strzepuję komórek naskórka z takim namaszczeniem jak on, no ale staram się. W kieszeni dzierżę dwie brudne skarpety, które zostawiał w połowie i na koncu śladu. Wracam po Szyszkę  i wchodzimy na slad- ooho ho ho, ani ja zbytnio rozgarnięta ani Szyszka jeśli chodzi o to chodzenie po śladzie- nie w kij dmuchał tak ogarniać gdzie zapach (mówi Szyszka) i gdzie ja do cholery wydeptywałam ten ślad?! (ja). No cóż, zapadła więc decyzja, że w niedzielę Szyszka z uwagi na niewielkie zainteresowanie śladem człowieka zostanie poproszona o szukanie człowieka.
W sobotę poznaliśmy też rewirowanie- stałam na jakims piaskowym wale, oddalona nieco od innych psów, słuchałam uważnie jak to wygląda, wyobrażałam sobie owczarki, które rewirują teren to tu, to tam, a zaraz potem spojrzałam na Szyszkę, która powiedziała tylko „to co, kiedy nasza kolej na bieganie po łące?:D”. Kiedy przyszła więc nasza kolej Szyszka świetnie się bawiła, a jak jeszcze przypadkiem (bo przecież nosa nie używała prawda?:)) znalazła nasze zabawki zostawione na tym polu, to hasało jej się jeszcze lepiej. Sobota minęła więc bardzo szybko, jeszcze tylko zguba wsteczna, którą na szczescie trochę sobie ćwiczyłyśmy i wracamy do EKOPENSU na obiad, kolację, wykład, podsumowanie i pogaduchy.
W niedzielę wstałam nieco tąpnięta niedospaniem, jak zwykle zresztą, więc nie warto nawet o tym wspominać. Szyszka znów to swoje „słuchaj….a może byś mnie tak puściła w tym lesie, ja bym sobie Lolka pomordowała troche dla zabawy?”, wypoczeta Larwa jedna. Szybkie śniadanie, szybki wymarsz na pole bo już Lolo ma układany kolejny slad, a my mamy szykowac się do szukania mnie w polu. Dostałam instrukcję, nie dość, że tuptam powoli to jeszcze zostawiam chusteczki po drodze, żeby je potem zebrać ale pamiętać jak szłam. Idę w pole i zalegam i wysokich jak EKOPENS trawach, kładę się i czekam aż odnajdzie mnie mój malamutek. Leże, leże, leżę, nagle słyszę galop jakiegoś czworonoga, myślę „o jezu, będzie tu zaraz, znajdzie mnie w mig!” a zaraz potem wyłania się zza trawy Piotrek z Szyszką, która oczywiście dobrze się bawi, ale ślad nie ma dla niej żadnego zdarzenia hihihi. Więc gapię sie na nią, ona nic, w końcu zauważyła i zaskoczona jak zwykle „ojej, panka, no Ciebie to sie tu nie spodziewałam, też tu hasałaś po łące???”. Ubaw po pachy, więc w podsumowaniu ćwiczenia słyszymy: po południu włóczka:)
Znaczy to, że Szyszka miała okazje przetestować na sobie w sumie 3 sposoby- ślad, szukanie przewodnika i rzeczoną włóczkę czyli włóczenie mięska po śladzie żeby został zapach i w skrócie pomieszał się z moim (taka zajawka dla psów z uposledzeniem nosowym jak Szyneczka).
Potem znów rewir, dobrze się hasało po kolejnej łące, a jeszcze później włóczka. No to jej się podobało najbardziej bo nos nie odrywał się niemal od podłoża – wiemy więc jak możemy się bawić dalej, żeby stopniowo i mój zapach działał na jej nosa równie podniecająco jak zgniecione mięso;)

Po obiedzie nie zabierałam jej już na plac- dobrze jej szło jeśli chodzi o spokój i zachowanie się wobec innych psów, w sobotę złapała swoje fazy z Borka (mrużenie oczu i odsuwanie się), więc wolałam ją zostawić w pokoju i już tego mrużenia i przemęczenia nie oglądać. Dzięki temu ona się wyspała, ja mogłam skupić się na oglądaniu – wszyscy zadowoleni.

Do domu wyruszyliśmy po 17 i choć wracało mi się koszmarnie (miałam cięzkie, metalowe żaluzje, które nasuwały mi się na oczy a spomiędzy nich wystawały jeszcze krasnoludki, które mówiły: noo…zaśnij, zdrzemnij się, droga prosta…no…zamknij oczy) to jest BARDZO ZADOWOLONA Z UCZESTNICTWA!!!!!!!!!

Polecam, węszyć na prawdę może każdy pies!!!!

 

Post dedykowany April!

Dodano 8 września 2011, w Bez kategorii, przez autor

Czy jeszcze jest ktoś, kto nie ma dość paplaniny o mojej suce?:)
No, cisza, nawet moje psy mi nie odpowiadają, w takim razie napiszę.

O urlopie to już zapomnieliśmy, było piknie, przewspaniale, ale trzeba było wracać. Wracając zahaczyliśmy o Kraków (a jakże by inaczej). A w Krakowie piękne słońce- to zapamiętam. Tak piękne, że nawet chmurki nie było. Tak się właśnie zastanawiałam, czy kiedyś odbije nam się czkawką niemiła przygoda z pastuchem elektrycznym i właśnie w tym pięknym słońcu nam się przypomniało. Kiedy tak sobie ćwiczyliśmy tor zadaniowy, a bo to już egzamin blisko, przejście było już trzecie, więc humory dopisywały, nagle Szyszka myk, skuliła się, zaczęła mrużyć oczy, odsuwać się ode mnie, znów kulić i mrużyć oczy. Właściwie ciężko to nawet opisać, bo ja to widziałam pierwszy raz w życiu u Szyni, ba, u żadnego psa wcześniej tego nie widziałam. Zeszłyśmy więc z placu, poprowadziłyśmy z Agnieszką dochodzenie co to może być, na plac wróciłyśmy na chwilę a potem na wykładzie Szyszka odpoczywała w klatce odsypiając te niemiłe retrspekcje nie wiadomo skąd.
Po południu przyszedł Piotrek, przed odjazdem wyszłam z nią jeszcze na chwilę przejść się po tym placu, Piotrek też, ale reakcja była taka sama niewyjaśniona- o mniejszym natężeniu, ale była.
Cóż, jedyne co mi przyszło do głowy to właśnie skojarzenie z wydarzeniami  z owego dnia z pastuchem- powtarza się ostre słońce i dźwięk metalu wydawany przez smycz- karabińczyki, kółeczka, zawieszkę przy obroży.

Zawieszka zdjęta, smycz wymieniona na bezkółeczkową. Jutro jedziemy do Krakowa na warsztaty węchowe z Zofią Mrzewińską. Uwielbiam być w Krakowie, jeździć trochę mniej, bo męczy mnie to kursowanie- ach, gdybyśmy tak mogli się teleportować!!!!!
Pobawimy się więc w węszenie, a przy okazji Szyszka zobaczy Radziszów- być może tam będziemy zdawać egzamin, jeśli okaże się że plac w Borku spalony (słońcem i wspomnieniem chyba-pastucha).

Przejdźmy teraz do rzeczy przyjemniejszych i do tematu notki.

Wczoraj spotkałam się z Ulą i April na Polu Mokotowskim. Nie, nie oszalałam, na Polu:P Chciałam sobie trochę poćwiczyć z Szyszką, plan był ambitny, ale też udało się zrealizować dużo, dużo więcej niż zaplanowałam- właśnie w sposób zupełnie nieplanowany:)
Zbierały się ciemne chmury, ale jeszcze przed deszczem udało mi się przećwiczyć podejście do osoby z psem (Ula i April:))- opracowałam sobie jak podejśc, przećwiczyłam łuk, super.
Przeszłyśmy się po Polu, wlasciwie to szukając miejsca gdzie będzie mało psów albo psy pod jakąkolwiek kontrolą. Udało się na końcu przy małych stawikach, ale przedtem Szyszka sprawiła mi ogromną radość KOMUNIKUJĄC się jak normalny pies z tymi psami, które po prostu podchodziły i które pańciów nie miały (pańcio na ławce, pańcio z głową w chmurach, itd). Była więc interakcja z suką (psem?) husky, rozmowa była ładna, pitu pitu „dobra wiesz co, i tak sie nie pobawimy bo nie podobasz mi sie jako typiara, rozejdzmy sie po prostu i nie robmy tu siary”. Jak pomyslaly tak zrobily. Potem napadły dwa laby, tez obyło się bez krwi:))
A potem w nagrodę Szyszka poganiała z April, a wlasciwie poganiala April „dawaj, teraz kto szybciej zrobi 53 okrązenia wokol dziewczyn!” albo „dobra, to teraz ty spieprzaj April a ja Cie bede gonic, szybciej, szybciej!!!”. Było tez pluskanie sie w smierdzących stawikach jak za szczeniecych czasów z Tenderem.
Wow, ale mi było dobrze na tym Polu!!! Szkoda, ze tak krótko, szkoda, ze ten deszcz w koncu spadł, jak wspaniale ze Szyszka ma psyjaciolke ;]
Dzięki Ula i Api, przy okazji oficjalne gratulacje za zdany egzamin na Psa Terapeutycznego naszej fundacji. Mam nadzieje, ze sie bedziemy czasem tak spotykac, moge tak jezdzic nawet dla 15 minut takiego fajnego spaceru dla Larwy- jest super dzielna!

A Hexa? Wczoraj wyszlam z nią na spacer. Przez ulicę przechodziła jakas laska z malamutką. Staruszka jak zobaczyła drugiego psa (a ona teraz zlewa prawie wszystkie psy) dostała kociokwiku ze szczęscia. Nie wiem dlaczego- miłe wspomnienia z takim wygladem, typem psa? Nie dala mi odejsc, dopoki tamte dziewczyny nie przeszly na naszą stronę ulicy i dopóki Hexa się z tamtą sunią nie przywitała. Ona to jest mistrz konwersacji, najlepszy malamut pod słońcem!!!! Jak widac moja Starunia tez ma potrzebę kontaktów z psami, wzruszyła mnie:)

Dobra, musze wreszcie zaczac nas pakowac na jutro, o matko……………
kolejna relacja bedzie wtedy, jak pomysle ze wlasciwie to powinnam pisac prace magisterską, ale zaraz, zaraz… chyba dawno nie pisałam nic na blogu…..- tak powstają właśnie te notki     :)))))

 

Gościejów, Trzy Kopce, parada psów na deptaku

Dodano 28 sierpnia 2011, w Bez kategorii, przez autor

Piękny Gościejów pewnie nie zostałby przez nas w ogóle odkryty gdyby nie pomoc Rodziców Piotrka, którzy do wczoraj byli pomocą zza drzwi w kwestii dobierania nam tras:) Niestety wczoraj wrócili do Warszawy i teraz służą przez telefon:)

Trasa na Gościejów została wybrana głównie dlatego, że do wczoraj panował ten wspomniany przeze mnie upał, wszystkie długie, górskie trasy niestety odpadały, musiało być w miarę krótko i najlepiej z jakąkolwiek wodą wzdłuż:)

I voilla! Szykujemy się do drogi, najpierw zawsze wietrzymy samochód z tej parnoty, ale jak widać Lol woli zagrzać sobie miejsce jako pierwszy

Potem już droga, a w drodze ćwiczyłam cień pieska- ale w nowym wymiarze:D

Jak się da to Bolki są puszczone luzem, Lolito częsciej, a Larwa okazjonalnie bo to połączenie sprawia, że tylko im głupoty w głowie a potem sił by nie mieli na dreptanie:)

Sposobem Szyszki na upał jest moczenie doopki, zawsze, w każdym strumieniu, musi być tylko dość głęboki no i dno w miarę czyste i gładkie

Po drodze asfaltowej wchodziło się w piękny las, właściwie zaczynało się od wąwozu

Postoje musieliśmy robić dość często, bo ta temperatura mam wrażenie męczyła najbardziej mnie:)

Droga była dość krótka ale z wymagającymi podejściami, mało żeśmy ducha nie wyzionęli, ale warto było!!!! Widoki na górze piękne, doszliśmy do szlaku, który prowadził dalej i dalej, z racji tej pogody zadowoliliśmy się postojem, długim, na leniuchowanie, picie wody i fotki!

Lolito upodobał sobie leżenie w trawie

a Szyszynka w tych większych trawach:)

Rano, o 3:40 obudziliśmy się po raz pierwszy- w Wiśle trwa Beskidzki Piknik Country i uczestnicy wracali szumnie do naszego ośrodka. Miałam wrażenie, że kończy się świat, zaraz wyważą drzwi, nas nabiją na pal, a z Szyszki zrobią szaszłyk. Po raz drugi obudziliśmy się więc ok. 9, więc później niż zwykle i jak zwykle zeszliśmy na obfite śniadanie. Tamtaram, schodzimy a tam zonk, tłumy, istne tłumy, chyba miłośników country. W każdym razie na stole niewiele zostało, więc nasze brzuchy nie były zbyt pełne… Wróciliśmy więc do pokoju obmyślać trasę. I tu najlepszy news: wreszcie skończył się upał, powiało miłym chłodem, pojawiły się chmury, słońce nie dowalało tak, że dymiły nam czachy. Decyzja więc zapadła taka a nie inna: pójdziemy sobie na Trzy Kopce.

Najpierw wtoczyliśmy nasz rumuński wehikuł wysoko, wysoko, jak najdalej się dało.  I zaparkowaliśmy tu:

Droga najpierw asfaltowa, ale za to widoki niezapomniane:)

Całą drogę asfaltową zastanawiałam się jak to jest mieszkać sobie w takiej Wiśle, na osiedlu Jarzębata, na wysokości ok. 500-600 metrów npm, mieć krówki, owieczki i samochód, który pokonuje te trasy w górę i w dół codziennie…

i już domyślam się, dlaczego osiedle Jarzębata:

Lolo był bardzo zainteresowany krowami, Szyszka sama nie wiedziała jaki ma do nich stosunek, zadziwiająco obojętny:) Może przez pastuchy, które były na pastwiskach:)

Gdy droga asfaltowa dobiegła końca rozpoczął się marsz pod górę, lasem. Dzięki tej ożywczej pogodzie i ja, i Szyszka parłyśmy do przodu jak za starych, dobrych lat:))

I tak, bardzo szybko wdrapaliśmy się na Trzy Kopce

Na szczycie czekało schronisko-bar „U Telesfora” a tam sobie przysiedliśmy, hej!

Uzupełniliśmy płyny

Szyszka na wszelki wypadek obserwowała czasem wszystko spod stołu

A to Pan Porucznik Lol

Posiedzieliśmy, zebraliśmy się i w dół!

A to moje naj, naj zdjęcie:)

i przypozować na tle chochołów też trzeba było!

Po powrocie my ruszyliśmy sobie na obiad, potem strzeliliśmy psom warsztaty w kształtowania- skorzystaliśmy z miski i wymyśliliśmy sobie, że psy mają na nią wchodzić. Szły łeb w łeb, jutro powtórka!

W centrum tłumy, z powodu weekendu i chyba tego pikniku country. My tu pitu-pitu po górach z psami łazimy, a tymczasem mnóstwo ludzi zabiera swoje psiaki na ten cholerny deptak! Czasem ciężko mi się powstrzymać przed komentarzem, co wkurza Piotrka i ja sama wiem,że nie tędy droga, no ale:

- 2857372 psów na kolczatach
- 539 psów które krzyczą „AAAAA, weźcie mnie stąd”
- 684 psów stłoczonych w kawiarniach, pod sklepami, w kawiarniach

to wszystko sprawia, że ciężki to widok. Ludzie, przeca nikt nie wymaga od Was brania psów w góry- ok, nie każdy to lubi. Ale skoro już zostały zabrane na wczasy to niech mają rano nawet ten 20-minutowy bylejaki spacer, a potem sen, nudę w pokoju zamiast tego tłoku i kataryniarzy poprzeplatanych harleyowcami, wdychaniem dymu z rur wydechowych i tym podobnych atrakcji.
Ech, no szkoda ich! Nasze psy (Wasze też) mają iście super-duper życie! Każdy świadomy właściciel funduje swojemu psu super życie. Mniej świadomy albo świadomie robi krzywdę, albo nie robi nic, albo nieświadomie z niewiedzy skrzywia swojego psa.

Wiwat świadomi właściciele!

 

Smażenie alaskana i koński ogon

Dodano 26 sierpnia 2011, w Bez kategorii, przez autor

Jest 12:40, a my nie w górach, mało tego, leżymy jak placki przed kompami a psy pokotem w pokoju. Wszystko to z powodu pięknej, acz ciężkiej, upalnej pogody- tak, to możliwe w Polsce;)
Wypad nad jezioro przedwczoraj bardzo się udał- psy się skąpały, miały czas żeby podreperować poziom energii, zresztą zobaczcie:

Jezioro piękne, duże a co najważniejsze znaleźliśmy boczne zejście tak, żeby burki mogły być luzem i cieszyć się wodą.

Facebookowicze już fotki znad jeziora znają więc nie będę zanudzać Was widokiem Szyszki pływającej, no, tylko raz:

Alaskański pies dowodny jak sama nazwa wskazuje uwielbia wodę, pływanie a nawet wypływanie daleko po to, by zaaportować patyk. Oczywiście na wszystko musiał patrzeć biedny Lol, który nie jest miłośnikiem pływania, Szyszka w dodatku drażniła się z nim podplywając z patykiem i nie pozwalając mu go zabrać. Kończyło się jak zwykle na jej szczerzeniach, ale żeby Lolo nie był pokrzywdzony to potem Szyszka miała bana a Lolo mógł też poprzynosić patyczka:)

Od dwóch dni popołudniami dzielimy czas między godzinkę tenisa- choć może to za duże słowo, bo rakiety mieliśmy w dłoniach dwa razy a nasze wysiłki skoncentrowane są na tym, by odbić piłeczkę, tak czy siak my mamy frajdę a psy leżą pokotem w pokoju:) A już około 19 zabieramy je na króciutkie treningi – jest tu super trawka, fajny placyk, ogrodzony teren-żał byłoby nie skorzystac. Lolek ćwiczy swoje ważne rzeczy….

 a potem Szyszka odrabia pracę domową z Alteri.

(obgryzanie penisa wołowego)

 Zaskoczyła nas super przywołaniem od jedzenia parówy, pięknie przechodzi też zadany dystans blisko przy nodze bez ciągłego chwalenia a co najważniejsze smakołyków. cwiczymy też podawanie przedmiotu- jest super! Wczorajszy trening był urozmaicony o przywitanie z Mamą Gosią, którą Szyszka uwielbia, ale pięknie wysiedziała przy nodze, o kota, który bezczelnie maszerował przed nami i o psa, który prześlizgiwał się pod bramą i koniecznie chciał zobaczyć co robią CI OBCY na JEGO terenie. Wszystko to wytrzymała, wysiedziała, było pięknie.

Wczoraj wybraliśmy się na Wielki Stożek, trasą spacerową, wdłuż strumyka. Potem chcieliśmy uskutecznić atak szczytowy, ale ja wysiadałam, nie chcieliśmy też psów zamęczyć, więc wybraliśmy boczną dróżkę by dotrzeć do wyciągu i tam odsapnąć.

Potem to my jak paniska daliśmy się wwieźć wyciągiem na Stożek, a psiaki zostały w dole z rodzinką:)

Powrót przeprzyjemny, bo wzdłuż strumyka- cóż, decydując się na urlop z psem decydujemy się też na takie dobranie dróg, tras, aktywności, żeby wszyscy byli zadowoleni. Szczerze mówiąc mnie to w smak- już oficjalnie mogę powiedzieć, że jest mi ZA GORĄCO i męczę się jak prosiaczek:)

A nasz mały dzielny nieokrzesany alaskański bullterier na nowo zaprzyjaźnia się z własnym ogonem po tym, jak ogon stał się koński lub jak kto woli krowi. Jak zwykle dzięki konsultacji z Dagmarą, po pierwszej 5godzinnej wędrówce na Baranią coś nam nie pasowało, i to właśnie ogon Lola. Dagmara rzecze, że ogon się zmęczył, mięśnie jeszcze bardziej, przez co ogonek Lola opadł i wygląda jak ogon konia:) Ale ale, wczoraj już ogon ożywiał się, merdał, żył znów w symbiozie z Lolem tak więc wszystko idzie ku lepszemu.

Dziś znów daliśmy sobie luz- psy były nad wodą, teraz po prostu leżą:)

 

Przeczytałam notkę Agi, jak zwykle dokładnie ale szybko, bo chłonę informacje niczym Lolowy ogon chłonie uśmiechających się do niego ludzi.
U mnie na blogu jak zwykle kurz, więc szybko o tym co się dzieje, żeby wyrównać i opowiedzieć najgorętsze fakty z naszego życia.

Za nami już czwarty zjazd w Alteri. Właściwie to miałam napisać tuż po trzecim obszerną notkę pewnie pełną goryczy i niezadowolenia, ale w sumie dobrze, że nie napisałam. Trzeci zjazd był trudny, bo Szyszka zdarła sobie trochę nosa i do dziś nie wiem czy próbowała wydostać się z klatki, czego zresztą nigdy nie robi, czy też zrobiła to po prostu przy jedzeniu kości. Sobota upłynęła sielankowo, Szyszce ćwiczyło się dobrze, ale w niedzielę po południu było już mocno poddenerwowana i bliskość wielu psów sprawiała jej duży wnerw. A ja, jak to ja, jeden jej wnerw i mnie już puszczają nerwy, ale daleko mi do pokazywania jej tego- zamiast tego natychmiast zbierają się w oczach łzy a potem wdech-wydech, próbuję się pozbierać, ogarnąć i wracam z nią do gry.
Z punktu widzenia osób postronnych to nic, ale moje ciągłe wyprzedzanie każdego ruchu innego psa jest bardzo męczące, poza tym tak jak powiedziała ostatnio Dominika emocje mojego psa rozpoznaję po byle drgnięciu ucha i już wiem czy się wlepia, co się wydarzy zaraz i co mogę zrobić natychmiast by czegoś uniknąć. Po trzecim zjeździe była bardzo zmęczona, Szyszka jeszcze bardziej, bo do wtorku nie była w stanie robić nic. We wtorek wieczorem odwiozłam ją z Piotrkiem i Lolem do Podkowy, tam naładowała baterie.
Zawsze jak tam jest i widzę albo słyszę jak jej tam dobrze, w spokoju, ciszy, bez miasta, psów, to trochę mi smutno, że nie ma tak przez całe życie, no ale to już chyba mój problem żeby tak tego nie postrzegać. W końcu kurna wszystko co robimy robimy dla i z psami więc w gruncie rzeczy nie mają źle:)

W kolejny piątek znów zjazd, na szczęście wyzerowałam i nie wkroczyłam na kolejne zajęcia z perspektywą „ciekawe ile dziś będzie wyskoków” tylko razem z Szyszką z uśmiechem na ryjkach. Podróż nie byle jaka: jechaliśmy na Bulgarian Style- Spikey – berneńczyk w bagażniku, Szyszka z Adą na tylnim siedzeniu, Ja driver i Piotrek z Lolem w nogach na siedzeniu pasażera. Dodajmy jeszcze dwie klatki i kupe bagaży i już okazuje się, że nasz samochód wydaje się być ZA MAŁY.
Dojechaliśmy do naszego Transu, a w sobotę jak zawsze o 8 na placyk. Tym razem innowacja nr 4356- wzięłam ze sobą materiałową klatkę i tak oto Szyszka spędzała czas na wykładach:

Miała szyberdach, jak już ruchu nie było w sali to pozwalałam jej popatrzeć co i jak, a jak był ruch to ją zamykałam- i wilk syty i owca cała. Mogła się wreszcie wyluzować. W klateczce w pokoiku trenerów też miała spokój i luz, ale minusem było to, że nie mogłam jej obserwować i np. gdy my coś ćwiczyliśmy w sali to trochę jęczała- „a bo tam klikacie, a ja nic nie widzę!!! Za karę wam porobię ałuału!”.

Na placu daje z siebie wszystko, nie ma problemu z motywacją, fajnie wykonuje ćwiczenia, zobaczcie

Wszystkie foty do obejrzenia tu:
https://picasaweb.google.com/faber.agnieszka/SzychaWAlteri#

i wszystkie dzięki uprzejmości Ani i Tomka Piotrowskich i Ani Kłósek:)

Czwarty zjazd więc dużo lepszy, choć bez wyskoków się nie obyło. Nie mogła ćwiczyć ze wszystkimi na przeszkodach, bo wiele psów w ruchu mocno ją rozemocjonowało, miała więc karnego jeża i ćwiczenie warowania na dystansie w takich właśnie warunkach, jak inni sobie skakali.Suma sumarum wyjechała jednak mniej zmęczona, a ta klateczka bardzo jej pomogła.

W niedzielę ruszyliśmy do Wisły, na wyczekany prawie 2tygodniowy urlop z psami w górach. Nie wiem jak dotarłam, ale było mi trudno- byłam głodna, potwornie śpiąca i tych 120 parę km wydawało mi się wiecznością.

Wczoraj rozpoczęliśmy z grubej rury, choć miało być raczej prosto. Skończyło się na tym, że wdrapaliśmy się na Baranią Górę, co może nie było jakimś wielkim wysiłkiem, nawet dla psów, bo co chwilę mogły się taplać w super strumykach, no ale już powrót o wiele dłuższą drogą, wzłuż asfaltowego szlaku ciągnącego się w nieskończoność mocno dał nam w kość! Obrońców zwierząt uspokajam: strumienie było, odpoczynki były, no ale nie udało się wyeliminować mega upału, który tu z nami jest:)

A dziś? Dziś psy mówią: „błagamy, tylko nie mówcie, że gdzieś idziemy”- wczorajsze pięciogodzinne wędrowanie, około 20 km przedreptanych doprowadziły Szyszkę do tego, że hmmm, dużo śpi, a Lolo ma, jak się okazało od Dagmary tzw. koński ogon czyli hmm z tego co zrozumiałam takie zakwasy, że o ja pieprzę:) Szyszka dziś po południu już chciała brykać, ale Lolo zdecydowanie nadal mówił „daj spokój, dupa mnie boli”.

Dziś więc postanowiliśmy nie iść w żadne góry tylko skorzystać z rad Rodziców Piotrka, stacjonujących dwa pokoje obok, i wyruszyć polecanym przez nich spacerowym szlakiem.
Szlak przepiękny, zdjęć brak- aparat wzięłam, ale jak zwykle, bez karty, która została w komputerze:) Wrócimy na ten szlak jeszcze raz, bo dziś psy były takie jakieś jeszcze niewypoczęte, że zawróciliśmy, bo co je będziemy męczyć- poczłapałyby jeszcze długo, długo, ale lepiej było zawrócić i dać im jeszcze dzień odpoczynku.

Gdy tak sobie szliśmy dziś wzdłuż tych pastwisk, zielonych pięknych łąk, owieczek,koników, krówek niestety wydarzyła się niemiła przygoda. Podczas jednego z postojów w cieniu Szyszka na chwilę odeszła (była na lince i na pasie, ale ja nie zakodowałam, że obok mnie jest elektryczny pastuch) i nagle usłyszałam tylko potworny skowyt, jęk i szamotaninę- Szyszka wpadła w pastucha. Wrażenie potworne, trwa to sekundy, a pies w te sekundy zaplątuje się, wije, chce uwolnić i nie wie co to za ból i skąd się bierze.
Ja nie wiem jak jej pomóc- ona porusza się szybko i tak naprawdę mogłabym wcale jej nie pomóc próbując ją wyplątać. Po chwili sama się wyplątuje i jeszcze przez chwilę piszczy-z szoku, być może odrętwienia, bólu? Skąd mam wiedzieć jakie to było natężenie prądu?
A co najważniejsze: pierwszy raz i mam nadzieję ostatni widziałam psa potraktowanego prądem. Jeśli więc ktoś ŚWIADOMIE używa prądu do szkolenia psa zakładając mu obrożę to jest na prawdę tępakiem i skurczybykiem. Polecałabym takiej osobie podstawić siebie lub kogoś bliskiego do takiego pastucha czy obroży i dać się popieścić. Poza tym ten pastuch którego dotknęła Szyszka był nijak nie oznaczony- nawet ja miałam problem czy go później zlokalizować- gdzie jest, a gdzie są tylko słupki- cienkiutki, niewidzialny prawie drut przez który przepływa prąd- prawdziwa masakra.
Szyszce zajęło około 20 minut dojście do siebie, ruszyliśmy wkrótce przed siebie, ale dopiero po tych kilkunastu minutach znów szła z ogonem wysoko, bez grymasu na ryjku. W powrotną drogę nieznacznie obniżyła pozycję ciała, ogona gdy przechodziliśmy właśnie koło tego miejsca.

Smutny był to widok i dający po oczach- tak się nie powinno traktować żadnej żywej isosty- psa, kota, owcy, konia, krowy.

Jutro jedziemy tylko nad wodę, zdobywanie szczytów musi poczekać- psom należy się po prostu nic nie robienie w upale.
Kolejne realcje już wkrótce:))

 

Było pisaństwo, teraz zdjęcia

Dodano 7 sierpnia 2011, w Bez kategorii, przez autor

A dziś kilka zdjęć z treningu z Szyszunią i Lolem i bonus: kłakowa katastrofa:)


Pisania dziś nie będzie:)

i obiecana kłakowa katastrofa
chcesz malamuta?:)

tyle wyczesałam, a to tylko mam wrażenie, że 1/10 tego co ma na sobie Szyszka:)

 

Gorąca polipcowa relacja na nie-żywo

Dodano 5 sierpnia 2011, w Bez kategorii, przez autor

Słoneczny, średnio-ciekawy dzień w pracy postanowiłam spożytkować pisząc co nie co o tym co się u nas dzieje. Przez ostatnie dwa tygodnie piątek oznaczał dla mnie:
- pobudkę po 5:00
- nieprzytomny dojazd do pracy na 6:00
- wyjście o 14:00 a jak dobrze poszło to i trochę wcześniej
- przemieszczenie się wehikułem pod dom celem nerwowego telefonu „Piotrek, już jestem, schodź”.
- zapakowanie Szyszki, bagaży i rozpoczęcie podróży.
Potem była ok.5-godzinna podróż krajową siódemką, raz lepsza raz gorsza, wypełniona prowadzonymi z Szyszką rozmowami o życiu (zwykle monologi) i dotarcie do Krakowa.
Taaak, tak właśnie wygląda typowy przedzjazdowy piątek. Wróćmy więc do tego pamiętnego pierwszego zjazdu do którego długo przygotowywałam Szyszkę tłumacząc jej, że idzie do szkoły, już jest duża i nie może wiecznie zabierać zabawek kolegom i walić ich po łbie za zabawę w tej samej piaskownicy.

Jak juz do tego Krakowa się dotelepałam, mało tego, dotelepałam się też do Trans-expresu czyli miejsca, w którym sobie pomieszkuję, uiściłam (wydawało mi się, że niemożliwą) do przełknięcia kwotę za dwa noclegi, przeniosłam bambetle, zaprowadziłam Szyszkę do pokoju, chwilę odsapnęłam i postanowiłam zabrać Szyszkę na spacer- a, niech ma coś po tej podróży. Przeszłam się w stronę Borka, ale że droga była usłana niezbyt gościnnymi krakusami na czterech łapach, które wychodziły ze skóry, tak nas miło witały zza płota, no to wróciłam i powiedziałam Szyszce, że jeśli nie ma nic przeciwko, to na zajęcia będziemy dojeżdzać samochodem.
Bardzo wcześnie poszłyśmy spać, nauka nauką, ale musiałam skorzystać z tej możliwości. Tuptając w piżamie i przewracając kanały na tv (szał, znalazłam czas na tv!) doszłam do wniosku, że ten Trans, bo tak teraz będę nazywać pensjonat, to bardzo ciekawe miejsce. Pusto tak, że równie dobrze mogłabym tam sprowadzić cała rodzinę i jest szansa, że nikt by nawet nie zauważył. Cały trans to ni to pensjonat, ni to hangary dla mini-busików, a właściwie to wszystko razem- cafe bar, stołówka, tranport, mini busy, myjnia i bardzo ładne pokoje co już w ogóle nie pasowało mi do obrazu (no, cena pasuje;)). Rano potuptałam na sniadanie zostawiając Szyszkę pierwszy raz na trochę samą- ceregieli sporo- usunęłam wszystko co mogłaby chcieć sobie przywłaszczyć, zostawiłam coś na odchodne i ruszyłam na spotkanie ze śniadaniem. Przeżuwając parówkę raz po raz przesuwali mi się przed oczami panowie popijający złocisty trunek- i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że była siódma rano, więc bliżej chyba człowiekowi do parówki niż piwa, a na dodatek takich panów w różnym stanie, wieku i nastroju minęło mnie chyba z dwudziestu.  No ale tak, zapomniałam, że to tylko nieliczni wybrali się do transu na weekend, cała reszta po prostu jest gdzieś w drodze i umila sobie ten czas najnaturalniej na świecie czyli piwem.

Zajęcia podczas pierwszego zjazdu rozpoczynały się o 10, a zajęcia z psami po obiedzie czyli ok 15. Zostawiłam więc Szyszkę na dłużej, trzymając się zasady „a co ja ją będe brać jak nie trzeba”. Dobrze zrobiłam, bo mogłam w spokoju poznać miejsce, grupę, teren, a nie szamotać się z moim mamutkiem nie mogąc jej jednocześnie niczego zaproponować do roboty. Point!

Przyfilowałam całą grupę, a bo większość się jednak pojawiła już rankiem, celem rozeznania się co mnie z Szynią czeka i jak bardzo będzie to trudne czy łatwe, utrzymać ją w ryzach. Patrze a tu wszystkie psiaki cacy, same anioły, przekrój wielkościowy duży, więc na dobrą sprawę Szyszka mogłaby sobie kumpli wybierać wedle uznania. Uhahana po zjedzeniu niezachwycającej pizzy na obiad wróciłam po Larwę do pokoju, spakowałam jej plecaczek i po obiedzie odbyły się pierwsze zajęcia na placu.
Poziom ekscytacji duży, oj duży, ale więcej było w tym ciekawości i podekscytowania niż puszenia się i panoszenia w nowym miejscu.
No dobra, teraz czas na samowzmocnienie- tak naprawdę to oczywiście mogłaby tam zrobić rozpierduchę i pokrzykiwać „jam jest Szyszka, siostra wielkiego Lolucha, wynocha parobki i plebsy, Borek Fałecki od dziś jest mój!”, ale dzięki temu, że dobrze ją już znam, jest moją ukochaną Larwą, wiem jak reaguje a co najważniejsze wiem co robić, żeby się nie panoszyła i wkurzała- problemu nie było.
Tak z nią chodziłam, stałam, ćwiczyłam, żeby zawsze trzymać dystans od innego psa i zapobiegać ewentualnemu wgapianiu się. Mam wrażenie że opanowałam to prawie do perfekcji co mnie przeogromnie cieszy, bo Szyszka wtopiła się w pieski-aniołki z grupy i z zewnątrz wygląda na przemiłego, rodzinnego, grzecznego pieska z Warszawy:)
Czas, kiedy mamy wykłady Szyszka spędza w klatce w pokoiku obok albo, od drugiego zjazdu, w naszym samochodzie, który parkuję sobie na terenie Alteri. Raz była ze mną w sali wśród innych psów, podczas kształtowania, kiedy to z uwagi na kiepską aurę musieliśmy zadowolić się przestrzenią sali. Niezbyt miło to wspominam, bo poziom mojej koncentracji musiał być bardzo duży a i wiem, że dla niej to bardzo trudne zadanie. Podczas drugich zajęć w sali kolejnym razem ulokowałam ją w klatce- tam jest bezpieczna a ja spokojna, albo na odwrót;)
Pierwszy zjazd- czyli „poskramianie dzikusa” (trasy, transu, Borka, Szyszki) pozytywnie zaskoczył chyba samą Larwę;) Bezpiecznie wróciłyśmy do domu, Lolka, Piotrka. I choć zapytana w niedzielę z czym wracam po pierwszym zjeździe odparłam, że z pracą domową do odrobienia, to tak na prawdę wracałam przezadowolona z tego, że wyruszyłam w przygodę z trenerskim właśnie z Szyszką, ze wszystkimi jej zaletami i wadami.

W poniedziałek zdychałam, owszem, wróciłam w niedzielę szybko i sprawnie mimo deszczu i poslizgu w kałuży (fuck!), ale i tak czułam zmęczenie fazę pierwszą. Druga, gorsza zawsze nadchodzi we wtorek;)
Potem już tylko środa, czwartek i okazuje się, że skoro czwartek to znów się pakuję, a skoro piątek to znów znane „Piotrek, jadę, schodź z Szyszką”.
Drugi zjazd, dzikus okiełznany, więc już dziarsko się jedzie. Jechałoby się, gdyby nie większe korki, więc do transu dotarłysmy trochę później. Za pokój zapłaciłam więcej, ale byłam tak nieprzytomna, że właściwie to mogłabym dać w zastaw bagaże byleby sobie poleżeć. Obczaiłam już za to, że bardzo niedaleko transu jest bardzo ładny park, więc zarówno ledwo człapiąc w piątek jak i po zajęciach w sobotę zabierałam tam Szyszkę na spacerek.

Zachowanie Larwy na drugim zjeździe jeszcze lepsze, jeszcze łatwiej było jej się skupić, chętnie korzystała z moich rad typu „na prawdę, nie ma potrzeby żebyśmy przechadzały się przed nosem X” albo „wiesz Szyszka, bardzo chętnie podzikoliłabym z Tobą, ale wciąż jesteś wśród ludzi, więc opanuj się” no i te wszystkie umiejętności, których była uczona zaczęły wyłazić jak dziecku wysypka przy ospie- czyli wszystko jej się już ładnie poskładało w całość, co kiedy robimy, że przedmiot to już kiedyś ćwiczyliśmy, że dostawianie to taaak, też było, że na skupieniu też ładnie chodzi.
W pokoju czy samochodzie też przebywała sama na luzie, cokolwiek tam robiła i o czym myślała- chwała, że cicho i spokojnie siedziała/leżała.

Sielankowo więc jest z Larwą, jedyne po czym wnioskuję, że wznosi się na wyżyny swoich umiejętności bycia asertywną wobec innych psów i po czym widzę, że wyczerpuje 100% swoich sił dzieląc je na ćwiczenia i panowanie nad emocjami i radzenie sobie z nowymi wyzwaniami to to, że kilka razy po zejściu z placu dostawała rakiety w dupince i najchętniej pobiegłaby do smoka wawelskiego zahaczając o stragan na Rynku. Ten szał jak naćpana małolata to dla mnie takie jej zejście i „tak sie k**** starałam, że teraz muszę zapindalaaaaać!!!!” Teraz więc regułą będą spacery po parku, żeby złapała oddech i pobyła sama ze sobą i miejscem, które zwiedza.

Wczoraj wybraliśmy się na trening, Piotrek z Bazylem, Ja z Szyszką, na trawniczek za ratuszem co by sobie coś poćwiczyć. Miło było usłyszeć, że Piotrek (taaaaaak, Ty Pituś) wyraźnie zadowolony z postępów córy mówi, że ładnie poszło, że w ogóle widać poprawę, że jakaś mniej popaprana ta Szyszka, że nawet na pufające (pufff, pufff) autobusy nie reaguje odskakiwaniem, że przez skrzyżowanie ładnie przeszła, że ćwiczy skoncentrowana. Ja może tego tak nie widzę, ale skoro Piotrek mówi, to znaczy, że tak jest:)

Teraz już myslami jestem na urlopie, przed nami trzy lajtowe jak dla mnie zjazdy- kolejny 13-14 sierpnia dlatego, że jadę z Piotrkiem i Lolkiem a to już w ogóle zdejmuje ze mnie pozostałości stresu jaki mam przed podróżą, a kolejne dwa na samym początku i na samym końcu urlopu, też z moimi chłopakami.
1/3 kursu za nami- a myślenia, kombinowania, decydowania o nim było przez cały rok full.

Kolejna relacja- no… będzie.
Pozdrawiamy
Aga i Szycha

 

  • RSS